czwartek, 23 czerwca 2011

Wierzę w siebie

Przyjdzie kiedyś chwila, przyjdzie taki dzień, w którym napiszę więcej o sobie w kontekście mojej niepełnosprawności. Dziś mam "na głowie" inne sprawy. Chcę się rozwijać, by stawać się lepszym człowiekiem. Lepszym dla siebie i całego świata.

Jak to jest nie mieć rąk? - pewnie niektórzy chcieliby wiedzieć. Jak się żyje bez rąk? Odpowiem te na pytania krótko, bo dłuższe odpowiedzi nie przychodzą mi teraz do głowy. Nie mieć rąk wcale nie jest takie straszne, jak się wydaje. Natomiast życie bez rąk jest takie samo jak życie z rękoma - tyle że bez rąk. Banalne - powiedzie. Być może.

Kończę trzeci rok studiów. 1-ego lipca piszę egzamin licencjacki. Kiedy go zdam, będę miał wyższe wykształcenie. Co prawda to jeszcze nie magisterium, ale wszystko przede mną. Potem planuję doktorat. Zobaczymy, jak to będzie, bo być może moje plany ulegną zmianie.

Nie wierzę w przypadek. Wierzę w siebie i w to, że wiara czyni cuda. Jestem przekonany, że każdy z nas odpowiedzialny jest za swoje życie. Jeśli człowiek czegoś bardzo chce - osiągnie to. Tylko - przede wszystkim! - trzeba naprawdę chcieć! I działać. Tak więc: powodzenia! 

środa, 22 czerwca 2011

Prawdziwa historia

Ciąg dalszy z walki o zdrowie

Kiedy się urodziłam byłam cała sina płakałam 24 na dobę moja babcia, która stała się automatycznie moją kochającą mamą walczy o każdy mój samodzielny ruch od kiedy pojawiłam się u moich kochających dziadków w domu. Moi dziadkowie mnie zaadoptowali kiedy, trafiłam do domu, wyglądałam jak psychicznie chora, gdy ktoś podchodził do wózka dziecięcego, w którym leżałam ja. Od razu odchodzono od wózka i z litością patrzono na mój stan. Moi dziadkowie poszli ze mną do lekarza, ponieważ podejrzewali że coś się ze mną dzieje, bo byłam bardzo spastyczna przy każdym ruchu jaki mamo – babcia ze mną wykonywała np. kąpiel ubieranie itp. Podczas wizyty u lekarza ortopedy w czasie badania usłyszeli dziecko cierpi na porażenie mózgowe. Moi opiekunowie byli załamani, bo po raz pierwszy się spotkali z taką chorobą i nie wiedzieli co dalej ale z czasem się nauczyli się ze mną i z moją chorobą postępować...przy rehabilitacji strasznie płakałam będąc malcem, do dziś nie wiem dlaczego płakałam bez przerwy ale na szczęście moi adopcyjni rodzice są bardzo cierpliwi i kochają mnie taką jaka jestem. Dzięki Bogu uratowali mnie przed śmiercią i dzięki Bogu dziś mogę się podzielić z wami moją historią..;)

Kiedy Podrosłam troszkę nie zdawałam sobie sprawy z powagi sytuacji myślałam tylko o zabawie… dopiero od 15 roku życia zaczęłam myśleć poważnie o tym co się dzieje i jak z tym walczyć… zrozumiałam że to nie są już przelewki…zaczęłam stawiać czoło chorobie. Było ciężko nic mi nie wychodziło nawet z przekręcaniem się na łóżku miałam problemy, ze wszystkim praktycznie miałam problemy, nie mogłam nic zrobić na szczęście nie straciłam mowy więc mogłam tylko mówić, bolało mnie to bo chciałam coś zrobić sama z czymś sobie poradzić sama a nie mogłam…walczyłam, walczyłam a mimo to nic. Nie było poprawy załamałam się, bo widziałam i wiedziałam że moje starania nic nie dają powiedziałam, - mamie mamo ja już nie mam siły do walki jestem słaba i do kitu poddaje się !!! to załamanie trwało dwa lata. W czasie tego otóż załamania poznałam bardziej swojego przyjaciela dzięki któremu dałam radę się pozbierać i stać się twardą dziewczyną i nauczył mnie walki o swoje marzenia i nie pozwolił mi się załamać kolejny raz i tak naprawdę to dzięki mojemu przyjacielowi Postanowiłam dalej walczyć to on postawił moją psychikę na nogi i dzięki temu walczę do tej pory i dzięki Bogu i dzięki przyjacielowi wygrywam z chorobą

Więc i ty czytelniku się nie poddawaj dasz radę jeśli tylko masz przy sobie prawdziwych przyjaciół.

piątek, 10 czerwca 2011

Piekło rehabilitacji

Co było dalej… Trzeba było jakoś wstać z łóżka, zacząć chodzić. Nie zagłębiając się we wstydliwe szczegóły, łatwo się domyśleć, jakie konsekwencje niesie ze sobą taki stan bezwładu kończyn. Wielu rzeczy nie da się zrobić samodzielnie, a to wyjątkowo frustrujące zarówno dla chorego jak i opiekunów.

------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Leżałem jak kłoda, ciężko było mi nawet się przekręcić. Gdy mój stan psycho – fizyczny uległ unormowaniu, tzn. przestałem mieć gorączkę i widzieć świat jak w krzywym zwierciadle, rozpoczęło się moje kolejne piekło. Piekło rehabilitacji.
.... 
Nie było łatwo i lekko jednak dalsza zwłoka mogłaby przyczynić się do utrwalenia mojego stanu. Przypominam doznałem urazu neurologicznego, głównie ośrodków odpowiedzialnych za ruch po lewej stronie ciała. Gdyby oberwała moja lewa strona głowy (nie prawa) straciłbym mowę. Wtedy nie byłoby wesoło.
....
Mój młody wiek wpłynął pozytywnie. Dość szybko się zregenerowałem i powróciłem do sprawności ruchowej. Codzienny zestaw ćwiczeń, który z początku owocował straszliwym bólem, przyczynił się do znacznej poprawy w zaskakująco krótkim czasie. Dość dobrze utrwalił mi się pamięci stół pionizacyjny, iście „madejowe łoże”. Pomyślcie jak mógł czuć się człowiek, niewstający cztery tygodnie z łóżka, którego nagle zechciano postawić. Tak postawić, byłem przywiązany pasami do machiny, która z poziomu osiągała pion. Bardzo powoli przechylając się. To było straszne, czułem jak wnętrzności ze mnie wychodzą. Potem ćwiczenia, oczywiście na początku bierne, leżałem a dwumetrowy drab wyginał mi kończyny. Bolało jak diabli, w miarę upływu czasu odnosiło jednak skutek, przyczyniając się do poprawy. Wkrótce zacząłem sam wykonywać ruchy, bolało coraz mniej.
.... 
Pierwszym etapem, jaki mnie czekał było wstanie z łóżka, nie o własnych nogach rzecz jasna. Z początku wożono mnie wózkiem inwalidzkim, teoretycznie siedzenie nie wymaga wprawy, w moim przypadku nie było takie oczywiste. Głowa chwiała mi się na wszystkie strony, nie mogłem utrzymać pozycji siedzącej. Częste przejażdżki po szpitalnych korytarzach, które uwalniały mnie od szpitalnego wyrka, wpłynęły na poprawę. Mogłem się już sam podnieść i siedzieć, zupełnie jak u niemowlaka.
....
Nie pamiętam, kiedy postanowiłem wstać, był to również proces stopniowy. Z początku poruszałem się chyba z balkonikiem, nie kojarzę tego zbyt dobrze. Na rehabilitacje jeszcze te w szpitalu, mogłem już chadzać sam. Trzymali mnie tam jeszcze trochę, bym wyszedł jak człowiek do domu. Co nie oznacza, że całkowitą sprawność odzyskałem. Właściwie, właściwie był to dopiero początek długiej pracy.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Po czterech miesiącach wyszedłem ze szpitala, wtedy bardzo spieszyło mi się do domu. Teraz jednak bardziej bym się zastanowił, na zewnątrz nie miałem już takiego zaplecza. O dobre rehabilitacje, bowiem trudno. CZMP to dobry szpital, nigdzie taką opieką już mnie nie otoczono. Po skończeniu liceum, o liceum potem opowiem, odmówiłem możliwości pobytu w Konstancinie. Znajdoje się centrum rehabilitacji i szkoła, wtedy jednak myślałem tylko o studiach. Wybrałem studiach w Łodzi, a szkoda. Może teraz byłoby ze mną lepiej, znacznie lepiej…   

czwartek, 2 czerwca 2011

Wiara, motywacja, działanie

Wielu ludziom wydaje się, że niepełnosprawność to jedyny problem Osoby z Niepełnosprawnością. A jeśli nie jedyny – to na pewno największy. OzN to osoba biedna i poszkodowana. OzN to osoba cierpiąca. Tak właśnie myśli większa część zdrowego społeczeństwa.

Otóż nie, muszę niektórych z Was, jeśli myślicie podobnie, wyprowadzić z błędu, ale wcale tak nie jest: niepełnosprawność nie jest jedynym problemem Osoby z Niepełnosprawnością. Niepełnosprawność także w wielu przypadkach nie jest największym problemem OzN.

To, że nie mam rąk, przestało być dla mnie jakimś wyjątkowym problemem. Ba, powiem więcej, przestało to być dla mnie problemem w ogóle. W pewnym momencie w swoim życiu nie miałem wyjścia i musiałem przewartościować wiele pozytywnych wartości. Wtedy to właśnie postanowiłem, że będę szukał dobrych stron mojej sytuacji. Zacząłem skupiać się na pozytywach. Tak żyję do dziś. Ciągle pracując i umacniając w sobie to, co dobre.

Jest to temat rzeka. Na pewno napiszę o tym jeszcze nie raz. Ale pamiętajcie – to wszystko tylko wydaje się takie straszne i ciężkie, ale w praktyce wcale aż tak dużo nie waży. Wiara czyni cuda! A silna motywacja i konkretne działanie zawsze prowadzą do celu.