piątek, 10 czerwca 2011

Piekło rehabilitacji

Co było dalej… Trzeba było jakoś wstać z łóżka, zacząć chodzić. Nie zagłębiając się we wstydliwe szczegóły, łatwo się domyśleć, jakie konsekwencje niesie ze sobą taki stan bezwładu kończyn. Wielu rzeczy nie da się zrobić samodzielnie, a to wyjątkowo frustrujące zarówno dla chorego jak i opiekunów.

------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Leżałem jak kłoda, ciężko było mi nawet się przekręcić. Gdy mój stan psycho – fizyczny uległ unormowaniu, tzn. przestałem mieć gorączkę i widzieć świat jak w krzywym zwierciadle, rozpoczęło się moje kolejne piekło. Piekło rehabilitacji.
.... 
Nie było łatwo i lekko jednak dalsza zwłoka mogłaby przyczynić się do utrwalenia mojego stanu. Przypominam doznałem urazu neurologicznego, głównie ośrodków odpowiedzialnych za ruch po lewej stronie ciała. Gdyby oberwała moja lewa strona głowy (nie prawa) straciłbym mowę. Wtedy nie byłoby wesoło.
....
Mój młody wiek wpłynął pozytywnie. Dość szybko się zregenerowałem i powróciłem do sprawności ruchowej. Codzienny zestaw ćwiczeń, który z początku owocował straszliwym bólem, przyczynił się do znacznej poprawy w zaskakująco krótkim czasie. Dość dobrze utrwalił mi się pamięci stół pionizacyjny, iście „madejowe łoże”. Pomyślcie jak mógł czuć się człowiek, niewstający cztery tygodnie z łóżka, którego nagle zechciano postawić. Tak postawić, byłem przywiązany pasami do machiny, która z poziomu osiągała pion. Bardzo powoli przechylając się. To było straszne, czułem jak wnętrzności ze mnie wychodzą. Potem ćwiczenia, oczywiście na początku bierne, leżałem a dwumetrowy drab wyginał mi kończyny. Bolało jak diabli, w miarę upływu czasu odnosiło jednak skutek, przyczyniając się do poprawy. Wkrótce zacząłem sam wykonywać ruchy, bolało coraz mniej.
.... 
Pierwszym etapem, jaki mnie czekał było wstanie z łóżka, nie o własnych nogach rzecz jasna. Z początku wożono mnie wózkiem inwalidzkim, teoretycznie siedzenie nie wymaga wprawy, w moim przypadku nie było takie oczywiste. Głowa chwiała mi się na wszystkie strony, nie mogłem utrzymać pozycji siedzącej. Częste przejażdżki po szpitalnych korytarzach, które uwalniały mnie od szpitalnego wyrka, wpłynęły na poprawę. Mogłem się już sam podnieść i siedzieć, zupełnie jak u niemowlaka.
....
Nie pamiętam, kiedy postanowiłem wstać, był to również proces stopniowy. Z początku poruszałem się chyba z balkonikiem, nie kojarzę tego zbyt dobrze. Na rehabilitacje jeszcze te w szpitalu, mogłem już chadzać sam. Trzymali mnie tam jeszcze trochę, bym wyszedł jak człowiek do domu. Co nie oznacza, że całkowitą sprawność odzyskałem. Właściwie, właściwie był to dopiero początek długiej pracy.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Po czterech miesiącach wyszedłem ze szpitala, wtedy bardzo spieszyło mi się do domu. Teraz jednak bardziej bym się zastanowił, na zewnątrz nie miałem już takiego zaplecza. O dobre rehabilitacje, bowiem trudno. CZMP to dobry szpital, nigdzie taką opieką już mnie nie otoczono. Po skończeniu liceum, o liceum potem opowiem, odmówiłem możliwości pobytu w Konstancinie. Znajdoje się centrum rehabilitacji i szkoła, wtedy jednak myślałem tylko o studiach. Wybrałem studiach w Łodzi, a szkoda. Może teraz byłoby ze mną lepiej, znacznie lepiej…   

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz