piątek, 30 grudnia 2011

Mój przyjaciel OzN

W Gazecie Edukacyjnej pojawił się mój nowy tekst. Jest on relacją z zajęć nt. tolerancji, które poprowadziłem  – wspomagany przez kilka innych osób – w Szkole Podstawowej im. Ryszarda Wyrzykowskiego w Bełdowie. Jeśli chcecie wiedzieć więcej – oto link: http://www.gazeta.edu.pl/Moj_Przyjaciel_inwalida-95_963-0.html

środa, 7 grudnia 2011

Witajcie ogłaszam wielki powrót do pracy  nad nowymi  postami  nie martwcie się żyjemy  blog niebieski płomień  też  od żyje  gwarantuje wam mnóstwo  czytania  i emocji ;):*

poniedziałek, 14 listopada 2011

Chcę czuć się dobrze. A Ty?

Piękny był dzisiejszy dzień. Rzadko który taki nie jest. Ponoć tylko dobre dni wnoszą dobre rzeczy do naszego życia.

Myślę, że wiele zależy od nas, czy dni są udane, czy też takimi nie są. Ja dzisiejszego ranka obudziłem się z uśmiechem, po czym powiedziałem sobie, że spędzę piękny, wyjątkowy dzień.

To, że czuję się dobrze, było chyba po mnie widać. Jedna pani, kompletnie obca – już niemłoda – rzekła do mnie wysiadając z autobusu: jest pan przystojny i inteligentny. Trochę się speszyłem. Po czym się uśmiechnąłem i powiedziałem: miło mi, dziękuję. Miałem spytać, skąd wie, że inteligentny. Lecz nie zdążyłem. Poszła sobie.

Teraz już wiem, jak mogą czuć się ludzie na ulicy, kiedy do nich podchodzę i mówię jakiś tekst „od czapy”. Dawno tego nie robiłem. Może to i dobrze. Chociaż ostatnia reakcja obcej osoby na mój komplement była bardzo pozytywna. Pisałem o tym wydarzeniu na blogu kilka tygodni temu [http://pr-wieczorek-dsm.blogspot.com/].

Doszliśmy tak do dwóch kwestii, które są w naszym społeczeństwie odbierane naprawdę różnie. Pierwsza to zagadywanie do obcych ludzi na ulicy, druga – prawienie komplementów i reakcja na nie. A już prawienie komplementów obcym ludziom – to jest dopiero sprawa! Mam swoje zdanie na ten temat. Pewnie je znacie. Ciekawe, co Wy o tym myślicie… Nie mam tu na myśli, oczywiście, jakiejś chorej upierdliwości. Prosty, lapidarny komplement – i już. Potem, bez słowa, bez czekania – zbyt długiego – idziemy dalej, jakby nigdy nic. A jeśli nie idziemy, a stoimy, to wracamy do poprzedniej czynności.

Kiedy czujemy się dobrze, dobroć z nas emanuje. Kiedy czujemy się atrakcyjni, atrakcyjność także z nas emanuje. Mógłbym skupić się na brakach, na tym, że nie mam rąk, ale wtedy nie czułbym się dobrze. Chcę czuć się dobrze, dlatego też skupiam się na pozytywach. Wam także, jeśli chcecie czuć się dobrze, szczerze to radzę. 

niedziela, 13 listopada 2011

Odpowiednie pytanie

Gdybym po wypadku zadawał sobie zbyt często i zbyt długo pytanie – czemu akurat mnie to spotkało? – nie zaszedłbym nigdzie. Mało tego – stałabym w miejscu, w ogóle nie ruszył. Stałbym tak długo, aż wreszcie zacząłbym się cofać. Cofnąłbym się tak daleko, aż do miejsca, z którego nie ma już odwrotu. Tak przegrałbym swoje życie.

Ale ja zadałem sobie inne pytanie. Jak mogę wykorzystać tę sytuację? Co mam zrobić, by wykorzystać tę sytuację w taki sposób, by przyniosła mi ona korzyści? Nie mówię bynajmniej o tych materialnych. Tu chodziło i nadal chodzi o całe moje życie.

Tak udało mi się przewartościować wiele wartości. Te pozytywne stały się jeszcze bardziej pozytywne. Te negatywne zaczęły wywoływać we mnie cierpienie, tak duże, że już nie chcę więcej przeżywać ich w życiu. Dlatego też nawet o nich nie myślę. Dziś chcę się rozwijać i piąć do góry. 

piątek, 21 października 2011

pierwszy wiersz mojego autorstwa

  Wiersz o Miłości


1.  Moje serce jest jak ofiara w sieci pająka. Tą ofiarą jestem ja i moje uczucie i tylko ty mój książę możesz moje serce wyplątać z tej pajęczej sieci. Bo kiedy ty jesteś przy mnie -  wszystkie troski znikają.

2 .Kiedy trzymasz mnie w ramionach chce mi się żyć- wtedy jestem jak poczwarka. Wraz z twoją miłością unoszę się w powietrzu- staje się pięknym motylem w twej dłoni.  Chcę być z tobą i chcę cię kochać bezgranicznie do końca świata.

 

czwartek, 20 października 2011

Drugie warsztaty UU - relacja.

http://uprzedzuprzedzenia.blogspot.com/2011/10/nie-ma-ze-boli.html

<< Nie ma, że boli… Czas zakasać rękawy i brać się do dalszej pracy! Odkładanie „na jutro” odpada - dyskryminacja nie śpi. Żeby niepełnosprawność nie przeszkadzała dostrzec „człowieka w człowieku” - konieczny jest remanent i remont. Ekipa „Uprzedź uprzedzenia”, czyli dwudziestu młodych aktywistów i liderów z całej Polski już to wie. W zeszły weekend tzn. 15-16 października 2011 r. w Warszawie ekipa po raz kolejny się spotkała, aby wspólnymi siłami pchnąć sprawy do przodu i aby przyczynić się do zmiany postrzegania niepełnosprawności w wymiarze społecznym i prawnym. >>

niedziela, 2 października 2011

Wierzę w te wartości

Co prawda nie przeczytałem jeszcze całego Pisma Świętego (jestem w trakcie lektury), ale kojarzę Jego niektóre fragmenty, szczególnie te z Nowego Testamentu, traktujące o wierze.

Pamiętam, że kiedy Jezus uzdrawiał, mówił, że to nie On, Jezus Chrystus, uzdrowił schorowanego, a mocna, silna wiara tejże osoby. Twierdził także Jezus, że silna wiara potrafi przenosić góry.

Dzieje nam się według naszej wiary – to prawidło stare niemal jak świat. Sprawdza się ono doskonale w naszym codziennym życiu. Nie wiem, czy Wy to także u siebie zauważyliście, ale ja, kiedy uwierzę w coś mocno, to to coś staje się dla mnie rzeczywistością.

A w co wierzę? Oto jest pytanie! Spróbuję, przynajmniej po części, na nie odpowiedzieć. Wymienię kilka najważniejszych WAROŚCI, w które wierzę.

Po pierwsze: Wierzę w Boga. Wierzę w to, że On istnieje. Od urodzenia, a właściwie to od chrztu – jestem Katolikiem. Nie twierdzę jednak, że ta doktryna religijna jest jedyną prawdziwą. Są ludzie – chrześcijanie, mówiący, że KRK to dzieło samego Szatana. Czytałem niektóre argumenty za tym przemawiające. To zastanawiające i zajmujące, chociażby dlatego, że – prawdopodobnie – największy na świecie, należący do Watykanu, teleskop nazywa się Lucifer-1. No, ale Lucyfer znaczy ponoć „niosący światło”, więc co w tym złego? Powiem szczerze, że sam nie wiem, co o tym myśleć. Jednak to nie jedyna tajemnicza sprawa związana z KRK. Ale, wracając do mej wiary – powtórzę: wierzę w Boga. W Boga, a nie w Kościół.

Chyba jakoś musieliśmy powstać. Nawet jeśli początkiem był Wielki Wybuch, to co było przed nim – nic? Jak nie było nic – to skąd Wielki Wybuch? A może – i w to wierzę – od zawsze istnieje Stwórca, który powołał nas do życia? Tym Stwórcą jest Bóg, który jest wszechmogący, wieczny i nieśmiertelny.

Wiem, że część postępowych inteligentów stwierdzi, żem naiwny, bo wierzę w takie bajki. Jak to niektórzy ateiści mówią: „nie wierzę w Boga, bo nie wierzę w krasnoludki”. No, OK., ale w coś i tak muszą wierzyć. Nie wierzą w nic tylko nihiliści, a ateista i nihilista to nie to samo.

To, że wierzą w człowieka – wiem. Tyle że dla większości z nich człowiek jest tylko przedłużeniem formy zwierzęcia. Raczej takie myślenie jest dla mnie śmieszne i to właśnie je schowałbym między bajki. A czy Wielki Wybuch nie ma w sobie cech bajecznych?

Mógłbym pisać o tym bardzo długo. Mógłbym mówić o swojej wierze w Boga bez końca. I nie jest prawdą to, co powiedział słynny ateista Andrzej Nowicki, że tam gdzie jest Bóg, nie ma miejsca dla człowieka. Właśnie tam, gdzie jest Bóg, tam człowiek i tam jego człowieczeństwo stają się pełniejsze. A tam, gdzie Boga nie ma, człowiek skłania się ku zezwierzęceniu.

Po drugie: Wierzę w siebie. Bóg stworzył mnie na swoje podobieństwo, dlatego też kocham siebie i szanuję, bo wiem, że jestem do Boga podobny. Bóg jest doskonały, a ja, jako człowiek, stworzony na Jego obraz – idę w stronę doskonałości. Dążę w stronę doskonałości, stając się z każdą chwilą coraz lepszy. Pracuję nad sobą, by się rozwijać, by czynić postęp. Potrzebna jest do tego mocna wiara w siebie. Potrzebna jest siła, którą mam – właśnie dzięki tej wierze.

O tym także mógłbym mówić i pisać bez końca. Być człowiekiem to rzecz piękna. Człowieczeństwo to rzecz wzniosła.

Po trzecie: Wierzę w to, że jestem nieśmiertelny. Że byłem tu i będę na zawsze. Że trwałem i trwać będę nadal, aż po ostatni dzień – jeśli w ogóle on kiedyś nastąpi. Wierzę także w świat i ludzi. Wierzę w miłość, dobro i piękno. Wierzę, że jeśli postępować będę w zgodzie z samym sobą i z tym, co we mnie najlepsze i najpiękniejsze – wszystko w moim życiu będzie układać się według moich pozytywnych myśli.

Na koniec powiem, że choć życie traktuję po części jako misję i chcę przeżyć je jak najlepiej tylko potrafię – wiem, że jest ono największą i najpiękniejszą przygodą, jaka mogła mi się przytrafić. No – w to też wierzę! Całym sobą! 

wtorek, 20 września 2011

Wytrwałość II

Jeśli czegoś bardzo chcemy – nie ma takiej siły, która mogłaby nas powstrzymać. Ale musimy tego chcieć całym sobą, mocno wierzyć, że uda nam się to osiągnąć. Nie wystarczą same chęci. Potrzebne są tu chęci podparte wiarą.

Wiara, jak mówiłem nieraz ja i mówiło to wielu mądrzejszych przede mną – czyni cuda. Mocna wiara w siebie i we własne możliwości jest niebywałą zaletą, która potrafi przenosić góry. Jeżeli w coś bardzo wierzysz i nie wątpisz w to – staje się to dla ciebie rzeczywistością.

Wielu chorych ludzi dzięki swojej wierze zdrowiało. Jezus, kiedy uzdrawiał, mówił do osoby uzdrowionej – to twoja wiara cię uzdrowiła. Wiara to bardzo silna cecha, dzięki której można osiągnąć w życiu niemalże wszystko.

Trzeba przy tym uważać, by w naszą wiarę nie wkradało się zwątpienie, które łatwo może wszystko zniszczyć. Póki pcha nas do przodu wiara, wszystko jest OK., ale kiedy tylko wkrada się w nią zwątpienie, łatwo wszystko można popsuć.

Pamiętam fragment Pisma Świętego, w którym Jezus mówił o tym, jak wielką moc posiada w sobie wiara. Poza tym, że potrafi ona uzdrawiać schorowanych, ma także możliwości do tego, by przenosić góry. Ale – o czym mówił już sam Jezus – nie można wątpić, bo zwątpienie to coś, co może wszystko zepsuć.

Nawiązałem do Pisma Świętego. Przyznam się, bez bicia, że nie przeczytałem Go jeszcze całego. Jestem w trakcie lektury. Skończę czytanie jeszcze w tym roku. Gdybym miał więcej czasu, zrobiłbym to zapewne szybciej. Ale powoli, cierpliwie, uważnie, bez pośpiechu pochłaniam kolejny wers za wersem.

Ostatnimi czasu jest to mało-modne, ale: tak, czytam Pismo Święte. Czytam Pismo Święte i z każdym dniem coraz mocniej wierzę w Boga i coraz bardziej uświadamiam sobie to, że jestem chrześcijaninem. Kiedy człowiek postępuje w zgodzie z zasadami chrześcijańskimi – życie staje się łatwiejsze.

Każdy ma chwile słabości, chwile, w którym ulega pokusom – to rzecz normalna. Tylko że po co dawać temu przyzwolenie? Dziś są czasy, w których – tak mi się wydaje – człowiekowi na więcej się przyzwala. Wiem, że kiedyś ludzie też grzeszyli, też postępowali nie tak, jak trzeba, ale kiedyś nie było na to ogólnego przyzwolenia. Jeśli postąpiłeś źle – OK., stało się, każdy popełnia błędy. Ale po co o tym mówić głośno?

W jakim celu nagrywa się piosenki, w których śpiewa się o tym, że wierność jest nudna? W jakim celu powstają seriale, w których główni bohaterowie jawnie grzeszą? Po co to wszystko?

Myślę, że prezentowanie takich zachowań, powoduje, że zwykły człowiek czuje się usprawiedliwiony, kiedy zdradzi swojego partnera lub zrobi inną rzecz niezgodną ze swym sumieniem. Przecież robią tak gwiazdy, osoby szanowanie i podziwiane, to on także może.

Każdy człowiek jest sam odpowiedzialny za swoje życie. I myślę, że nie powinien zrzucać odpowiedzialny na sytuację czy atmosferę. Chodzi mi o to, że niektórzy usprawiedliwiają swoje niecne czyny, twierdząc, że tak się stało, że zdradziłem/zdradziłam, ponieważ ogólna atmosfera mnie do tego skłoniła. Mówiąc ogólna atmosfera, mam na myśli np. jakąś imprezę. Wszyscy popiliśmy, ja też, atmosfera była bardzo luźna, więc zdradziłem/zdradziłam. Poniosło mnie, zapomniałam się.

Według mnie to nie jest żadne usprawiedliwienie. Ale niech każdy postępuje tak, jak czuje. Niech każdy robi to, co uważa za słuszne. Jeśli ma ochotę zdradzać – niech zdradza. Ale nie chciałbym, żeby takie zachowania były usprawiedliwiane i przyzwalane przez ogół. Dlaczego? Dlatego bo zaraz wszyscy zaczną zdradzać, kraść, zabijać, a potem to usprawiedliwiać.

Ale powróćmy do naszej wiary, o której pisałem na początku. Wiary, dzięki której potrafimy osiągnąć w życiu niemalże wszystko. Wiary w siebie i we własne możliwości. Wiary w to, że jeżeli czegoś bardzo chcemy, to to osiągniemy.

Do wiary dodajemy motywację. Później do tego wsypujemy garść siły. Potem działamy, mając ciągle na uwadze nasz cel. Coraz mniej rzeczy staje się niemożliwych. Coraz więcej furtek staje przed nami otworem.

Świetnym tego przykładem jest nasz ostatni sztafetowy bieg do stolicy. Ludzie, którzy brali w nim udział, bili swoje rekordy. Pozwalam sobie jeszcze raz wrzucić do niego (relacja) link: http://www.wsp.lodz.pl/news-387.html.

Zwróćcie uwagę, że biegły z nami osoby na wózkach. Całym bohaterem biegu był Zbyszek, który biega o kulach. Ma na swoim koncie pół-maraton, czyli 21 kilometrów. To dowody na to, że jeśli czegoś bardzo chcemy – osiągniemy to. Trzeba tylko naprawdę tego chcieć, a potem połączyć ze sobą wiarę, motywację, siłę, działanie. I wytrwałość, o której pisałem w poprzednim poście.

Pozdrawiam serdecznie! I życzę Czytelnikom samych sukcesów!

PS I nie poddawajcie się, kiedy coś Wam nie wyjdzie. Każda porażka ma w sobie zalążek sukcesu. Wygrywają ci, którzy walczą do końca!

poniedziałek, 19 września 2011

Wytrwałość

Nieraz na swojej drodze spotykałem przeszkody, które wydawały się nie do pokonania. Były tak wielkie, że mogłem rzucić wszystko i powiedzieć „basta, ja już nie chcę, nie mam siły”. Zostawić to wszystko, dać za wygraną. Poddać się.

Na szczęście nie zrobiłem tego. Wiem, że gdybym tak postąpił, gdybym się poddał, oznaczałoby to moją porażkę. A, jak wiadomo, nikt nie lubi przegrywać. Ja nie lubię przegrywać do kwadratu.

Zawsze w tych trudnych chwilach odnajdowałem w sobie jakąś siłę, która pozwalała mi je przetrwać. To taka jakby wytrwałość, która nie pozwalała mi, bym przestał walczyć. Dzięki niej rozwijam się, czyniąc postępy w swoim życiu.

Czasem też mam chwile, w których czuję się gorzej, lecz wiem, że muszę iść do przodu, bo jeśli się zatrzymam, zacznę się cofać. Życzę Wam wiary we własne siły!

czwartek, 15 września 2011

Dobiegliśmy do stolicy!

Dziś nic nie piszę. Dziś wrzucam relację (link) z naszego biegu, który odbył się w minioną sobotę – 10 września – a zakończył w niedzielę. Przebiegliśmy z Łodzi do Warszawy!

http://www.wsp.lodz.pl/news-387.html

wtorek, 30 sierpnia 2011

Bieg do stolicy

"W sobotę 10 września grupa biegaczy pełno- i niepełnosprawnych ruchowo wystartuje o godz. 20.00 z Łodzi, żeby następnego dnia, w niedzielę 11 września, dobiec do Warszawy"


Też będę biegł. Oto link, gdzie możecie dowiedzieć się więcej:
http://www.wsp.lodz.pl/news-386.html

niedziela, 28 sierpnia 2011

Siema ludziska

Dawno mnie tu nie było, ale to nie dlatego, że Was nie lubię. Wręcz przeciwnie. Po prostu jestem ostatnio zalatany. Ładna pogoda jest, to częściej przebywam na świeżym powietrzu, a poza tym uczęszczam na kurs ECDL. Fajnie tam jest. Wychodzę z założenia, że komputer jest niezbędny do sprawnej pracy osoby niepełnosprawnej. Wiadomo, że my do łopaty się nie nadajemy, a komputer stwarza wiele możliwości do pracy. No to na tyle. Ciao.

wtorek, 23 sierpnia 2011

Marzenia Działanie Sukces (MDS - DSM)

W głowie człowieka rodzą się najpierw marzenia. Człowiek wyobraża sobie, co chce osiągnąć. Przedstawia sobie wizje, jaki chciałby być i co robić. Zamyka oczy i widzi siebie w nowej, pożądanej sytuacji. Buduje marzenia w głowie, aż wreszcie, kiedy mocno i wyraźnie zaczynają się one odciskać formować, człowiek zaczyna działać.

Człowiek zaczyna działać cały czas widząc swój cel, który sobie wymarzył. Podświadomość pcha go do konkretnych działań. Odwaga i wiara dodają mu skrzydeł. Najpierw były tylko marzenia, teraz powstają i rodzą się działania, które prowadzą do realizacji upragnionych marzeń. Tak więc człowiek działa, działa, działa, mając w sercu wiarę w to, że mu się uda. Aż wreszcie, co jest nieuniknione, przychodzi sukces.

Sukces jest uwieńczeniem. Spełniają się marzenia człowieka. Człowiek odczuwa wielkie zadowolenie, że udało mu się osiągnąć to, co sobie postanowił. Ale to nie koniec. To początek nowych marzeń. Wyższych i bardziej wzniosłych niż te poprzednie. I znów: Marzenia, Działanie, Sukces. I tak bez końca. 

poniedziałek, 15 sierpnia 2011

Prawo do życia

Dziś poruszę temat aborcji, – ponieważ chce pomóc kobietom i dziewczynom, które mają wątpliwości lub chcą usunąć ciążę.

Bardzo często widzę w telewizji czy na ulicy, też mam przyjaciółkę, która za wszelką cenę chce usunąć dziecko, bo jest na wózku, ona boi się wyzwania i obowiązku boi się, że nie da rady dziecka wychować. Często rozmawiamy ona mówi, że jest kaleką, która nie da sobie rady z małym dzieckiem a ja jej powtarzam, że da radę, są przy niej ludzie, którzy ją kochają i którzy jej pomogą w wychowaniu dziecka. Ciężko ją przekonać, aby pozwoliła żyć maluszkowi, ale jakoś dam radę.

Nie tylko moja przyjaciółka ma taki problem – jest wiele kobiet a także i dziewczyn, które zachodzą w ciąże przed 18stym rokiem życia wtedy są albo zmuszane do aborcji lub dochodzą do wniosku same, że to jest jedyne wyjście z tej sytuacji lub strach przed wychowaniem – twierdząc - ja sobie sama nie poradzę nikt mi nie pomoże nie jestem jeszcze pełnoletnia rodzice mnie zostawili samą z tym problemem. Ale w takich momentach jest jedno wyjście pozostawienie dziecka w szpitalu nie krzywdząc dziecka, kiedy młoda mama decyduje się na taki krok, - krok pozostawienia małego aniołka w szpitalu dziecko czeka na adopcje i czeka na miłość nowych rodziców. Zdarza się i tak, że młoda matka chce zabić dziecko, bo go nie kocha, są również takie przypadki, że rodzice młodej matki doprowadzają sami swoją córkę do lekarza i proszą o usunięcie dziecka wtedy dziewczyna nie ma nic do powiedzenia i robi to pod przymusem lub jest zastraszana i robi to, bo musi, lecz są takie przypadki, kiedy młoda matka się przed wejściem do lekarza rozmyśli i nie wejdzie do lekarza na skutek rozmyślenia się i poczucia wielkiego uczucia do dziecka, czyli miłości i staje się szczęśliwą mamą, która za jakiś czas weźmie swoje maleństwo w ramiona, kiedy dziewczyna lub Kobieta się wycofują to jest najpiękniejsza chwila w życiu.

Apeluję w imieniu dzieci nienarodzonych, które krzyczą wraz ze mną to niesprawiedliwe. Krzyczą rozpaczliwym głosem mamusiu nie zabijaj pozwól mi żyć na tym bożym świecie pozwól mi się do siebie się przytulić Chce poczuć twe ramiona.
 
Apeluje do czytelniczek niebieskiego płomienia nie zabijajcie swych nienarodzonych, dzieci, bo każde nienarodzone dziecko i każda żywa istota ma prawo do życia i do miłości! 

niedziela, 14 sierpnia 2011

Miejsca kultu niedostępne dla niepełnosprawnych

Kościoły - bo o nich mowa - dzielą się na dwie kategorie - na te, które są dostosowane do potrzeb niepełnosprawnych i na te, które nie są. Niestety tych drugich jest więcej, niż pierwszych. Jestem osobą wierzącą, moja parafia jest dostosowana do potrzeb osób niepełnosprawnych, ale dziś w jednej z łódzkixch świątyń była odprawiona Msza Święta z okazji jutrzejszego święta Wojska Polskiego. Niestety, nie mogłem wziąć w niej udziału i to nie dlatego, że mi się nie chciało, ale dlatego, że kościół nie jest dostosowany do moich potrzeb.


Art 53 ust. 2 Konstytucji RP 
"Wolność religii obejmuje wolność wyznawania lub przyjmowania religii według własnego wyboru oraz uzewnętrzniania indywidualnie lub z innymi, publicznie lub prywatnie, swojej religii przez uprawianie kultu, modlitwę, uczestniczenie w obrzędach, praktykowanie i nauczanie. Wolność religii obejmuje także posiadanie świątyń i innych miejsc kultu w zależności od potrzeb ludzi wierzących oraz prawo osób do korzystania z pomocy religijnej tam, gdzie się znajdują"

Ja nie mogłem wejść do tego kościoła, ponieważ nie był dostosowany, dlatego doszło do złamania Konstytucji Rzeczpospolitej Polskiej. Uniemożliwiono mi uczestniczenie w praktykach religijnych, a mówią, że Polska to państwo prawa......

sobota, 13 sierpnia 2011

Mój nowy artykuł na stronie WSP

Na stronie Wyższej Szkoły Pedagogicznej pojawił się mój nowy artykuł. Jest w nim trochę o niepełnosprawności, trochę o studiowaniu, są także moje zdjęcia. Jeśli ktoś ma ochotę, zapraszam do przeczytania. Podaję link: 

http://www.wsp.lodz.pl/news-384.html.

Pozdrawiam i życzę udanego weekendu!!

piątek, 12 sierpnia 2011

Wścibscy ludzie

Mój poprzedni post sprawia, że rodzi się pytanie: co ludzi obchodzi za pomocą jakich udogodnień (lub bez) poruszają się niepełnosprawni? Ja wiem. Ja wiem, że ludzie chcą pomóc, ale nie trzeba być nadgorliwym, bo jak niektórzy mówią: "nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu".

Ja sobie nie życzę, aby ktoś interesował się tym jak ja się poruszam po mieście. Mam do tego prawo, prawda? Irytuje mnie jak starsi ludzie się nade mną użalają, gdyż nie szukam u nich współczucia, bo go nie potrzebuję. Niech sobie sami radzą ze swoimi problemami, a sami mają ich nie mało. Może jestem samolubny i w ogóle, ale nie życzę sobie wtryniania się ludzi do mojego stylu poruszania się. Amen.

Wścibskie babsko

Pewnego dnia jechałem z dziewczyną (bo wtedy ją miałem) autobusem. Nagle jakaś pani mówi do mnie:


- A nie łatwiej byłoby Panu chodzić z laską?

Spoglądam się czule na moją piękną (ówczesną) dziewczynę i odpowiadam starszej pani:

- Przecież ja chodzę z laską! - oznajmiam oburzony

Baba się speszyła i nie wiedziała co odpowiedzieć - milczała, a ja dostałem buziaka od dziewczyny. :)  


czwartek, 11 sierpnia 2011

Jeszcze moje "trzy grosze" do tekstu Sandry


Jedyna kobieta w naszym gronie, poruszyła ważny temat. Zdarzają się bowiem debile, którym przeszkadza to jacy my jesteśmy, ale to ich problem i może powinni udać się do psychiatry. Ja jednak chciałem wypowiedzieć się w kwestii barier architektonicznych w Łodzi.

10 kwietnia 2010 roku wydarzyła się tragiczna w skutkach katastrofa smoleńska. Po tej tragedii w Urzędzie Miasta Łodzi na Piotrkowskiej 104 wystawiono księgę kondolencyjną. Ja jako Polak i patriota poczułem się w obowiążku wpisać się do tej księgi. W tym celu pojechałem do UMŁ, byłem bardzo zdziwiony, kiedy okazało się, że ta instytucja nie posiada windy. Zdjąłem kurtkę i spytałem szatniarza, gdzie należy się udać, aby dokonać wpisu. Wskazał na schody i powiedział, że należy po nich wejść na I piętro. I tu inna osoba będąc na moim miejscu może i by zrezygnowała, ale nie ja. Poszedłem do ochroniarzy i poprosiłem ich, żeby pomogli mi wejść po schodach, a ci od razu się zgodzili, nawet czekali na mnie, aż skończę się wpisywać.

Teraz pytanie retoryczne: kiedy do UMŁ wejdę nie prosząc nikogo o pomoc?
Łódź - przyjacielem niepełnosprawnych, jak ja chciałbym, aby takim miastem była, ale to tylko marzenia...

Niebieski Płomień: GORZKA PRAWDA

Niebieski Płomień: GORZKA PRAWDA

Jeszcze trochę o starszych paniach


Kamil popełnił tekst (ach, jak ja lubię to określenie! – wcale go nie lubię…) zatytułowany Starsza Pani i zakupy, w którym opisał nie-fajną – nie mam innego pomysłu na określenie tego zachowania – reakcję starszej pani na propozycję Kamila pomocy w niesieniu zakupów. Jak zareagowała ta pani i jak to było naprawdę – możecie dowiedzieć się tutaj: http://niebieski-plomien.blogspot.com/2011/08/s-postrzegam-starsza-kobiete.html (link odsyłający do wpisu Kamila).

Ja chciałbym się skupić na jednym zdaniu, które Kamil napisał w tym poście, a brzmi ono tak: A mówią, że młodzi nie okazują szacunku. Tak, zgadzam się, tak właśnie często ludzie mówią, a tutaj – we wpisie Kamila – mamy jakiś tam dowód lub namiastkę dowodu, że szacunku nie okazują także osoby starsze. Z przykładami tego, że osobom starszym brak jest kultury, spotykam się często. Oczywiście – nie chcę tu dzielić ludzi na starszych i młodszych i mówić, którzy są bardziej kulturalni, a którzy mniej. Nie o to chodzi. Jak wiadomo – są osoby starsze kulturalne i niekulturalne, są także osoby młodsze kulturalne i niekulturalne.

 Myślę, że nie można tego rozgraniczać. Pragnę tylko przekazać jedno: wcale nie jest tak, że młodzież jest kompletnie pozbawiona kultury i szacunku, a wszyscy starsi są kulturalni i szacunku pełni. Bywa i odwrotnie – z czym często spotykam się na co dzień. I Wy zapewne też. 

Gorzka prawda

Dziś poruszę problem - traktowanie niepełnosprawnych w środowisku pełnosprawnych. Często widzę i ja też tego doświadczam, mam na myśli problem traktowania niepełnosprawnych przez pełnosprawnych, jak niepełnosprawni są często przez pełnosprawnych popychani, opluwani wyzywani, od najgorszych, bici, targani, odrzucani. Mam na myśli to, że sprawni całkowicie nie chcą się przyjaźnić z osobami niepełnosprawnymi mówiąc, - z tobą to nie będę się przyjaźnić, bo jesteś kaleką na wózku. Zabierają niepełnosprawnym wszystko, co mają przy sobie, zabierają im nawet to, co mają na sobie nie patrząc czy biedny, pokrzywdzony przez los człowiek ma, co jeść, ma, co pić, czy nie jest mu zimno, czy nie choruje. Często w naszym kraju tak jest, że osoby, które nie zaznały jakiegokolwiek cierpienia i bólu pomiatają osobami potrzebującymi pomocy, a nasze państwo nie chroni ludzi pokrzywdzonych przez los. Wiedząc, że niepełnosprawni wymagają więcej uwagi, więcej troski, ciepła, więcej poświęconego czasu, chcą się przytulić, usłyszeć jakiekolwiek ciepłe słowo. Takich jak „nie jesteś sam jestem przy tobie”.  Jest wiele miejsc dla osób niesprawnych gdzie nie ma wind nie ma jakichkolwiek ułatwień dla takich osób jak my abyśmy mogli się ruszyć np. na miasto czy do lekarza, czy wyjść na zakupy, na spacer. Niepełnosprawni chcą się poczuć niezależni od drugiej osoby i nie prosić drugą osobę o pomoc np. w podjechaniu wózkiem pod schody, bo wiadomo, że osoba, która chodzi o własnych nogach i siłach jakoś wejdą pod te schody. Ludzie na wózku już mają z tym problem, pełnosprawny idąc pod rodzę udaje, że nie widzi lub widzi, że się człowiek męczy, nie pomoże jednak osobie niepełnosprawnej. Apeluję do naszego społeczeństwa - traktujcie niepełnosprawnych tak samo jak byście chcieli, żeby was traktowano kiedyś jak i również do naszego państwa - zróbcie coś, aby niepełnosprawni mogli poczuć się samodzielni i niezależni od drugiej osoby!

środa, 10 sierpnia 2011

Jeszcze trochę o seksie

Piotrek w swoim wpisie Seks, a niepełnosprawni poruszył bardzo ciekawy temat, mianowicie – jak już tytuł jego postu wskazuje – seksualności osób niepełnosprawnych. (Na wstępie pragnę zaznaczyć, że od dziś nie będę używał określenia niepełnosprawny czy też osoba niepełnosprawna, a zamiast tego będę posługiwał się pojęciem osoba z niepełnosprawnością, w skrócie OzN – nie mylić z ONZ!)

Pod postem Piotra pojawił się komentarz Kamila, w którym kolega podkreślił, że dla niektórych OzN seks nie jest żadnym problemem, nie stanowi żadnego wyzwania, jest czymś naturalnym. Ale są też osoby, dla których niepełnosprawność stanowi barierę, której nie da się przeskoczyć lub przeskoczyć ją jest trudno – i przez to seksualność tych osób jest zupełnie inna niż osób pełnosprawnych i zdrowych.

Nie zagłębiałem się w ten temat. Pamiętam tylko z pewnych kursów, a także z zajęć na uczelni, że popęd seksualny osób pełnosprawnych i osób OzN jest taki sam. Tyczy to się także osób niepełnosprawnych intelektualnie. Ludziom często wydaje się, że osoby z niepełnosprawnością intelektualną mają wzmożony popęd, ponieważ tak często demonstrują i epatują to, że potrzebują seksu. Ale – jak mnie uczono – wcale tak nie jest. Osoby te, po pierwsze, nie mają pewnych blokad, po drugie – chcą być zauważone, chcą pokazać, że też mają swe potrzeby: - Hej, patrzcie, ja też potrzebuję seksu!

Nie jestem specjalistą w tej materii, mógłbym popisać wiele rzeczy nieprawdziwych, a więc porzucę teraz temat seksualności innych osób z niepełnosprawnością, a skupię się nieco na swojej seksualności.

Jeśli chodzi o moją seksualność – to jest bardzo okej, choć czasem wydaje mi się, że mój popęd seksualny jest większy niż innych, ale to chyba dlatego, że potrafię rozmawiać o seksie bez skrępowania, nie jest to dla mnie temat tabu. Nie raz dostałem „po głowie” od znajomych, że ja wciąż o tym seksie. To dziwne, ponieważ potrafię mówić o seksie otwarcie i nie potrzebuję do tego żadnych „rozluźniaczy” czy „wspomagaczy”, w przeciwieństwie do niektórych osób – zaznaczam: zdrowych i pełnosprawnych – które najpierw ganią mnie za mój brak skrępowania, a potem same, kiedy się tylko rozluźnią – na przykład, gdy siedzimy przy piwie – rozpoczynają „tematy seksualne”. Ale seks jest po to, by go uprawiać, a nie i nim mówić, więc…

Więc powiem – tak, powiem – kilka słów o tym, jak to jest u mnie z uprawianiem seksu. Po pierwsze: jak każdy mężczyzna – chcę być dobrym kochankiem. Jak mi to wychodzi – nie wiem – ponoć nikt nie powinien być sędzią we własnej sprawie. Miałem w swoim życiu kilka kobiet, rozpiętość wiekowa – od 18 (plus minus 2) do 40 (plus minus 2) lat. Nie piszę tego, by się chwalić, ponieważ jest innych wiele rzeczy z których mogę być dumny, a to tylko seks. Piszę to po to, by uświadomić niektórym, że do tego, by podrywać dziewczyny nie jest konieczna idealna, atletyczna budowa ciała. Nie mam takiej, choć lubię sport i ćwiczę kilka razy w tygodniu. Nie mam także rąk – mimo tego moje relacje kobieco-męskie są jak najbardziej w porządku.

Niektórzy pytali mnie, jak to jest być kochankiem bez rąk. Odpowiem tak, jak już nie raz odpowiadałem. To tak samo jak z rękoma, tyle że bez nich. Trudno to sobie wyobrazić? Nie umiem tego inaczej zobrazować. Ale, co już też mówiłem, to nie jest takie straszne, jak się niektórym wydaje. A wracając do tematu, jest to bardzo przyjemne. To prawda, że nie dotknę dziewczyny ręką, nie dam jej pieszczot dłonią, ale próbuję to nadrobić w inny sposób. I myślę, że naprawdę dobrze mi to idzie, choć – co już mówiłem – nie chcę być sędzią w swojej sprawie. Kończąc ten temat – powiem: seks jest po to, by go uprawiać, a więc już jestem cicho… Choć rozmowy przy seksie to rzecz bardzo przyjemna i jak najbardziej wskazana!

Idę ulicą.....

Idę ulicą mijają mnie ludzie. Niektórzy mijają mnie szybko nie zwracając na mnie uwagi. Inni przystaną i porozmawiają. Jedni popatrzą z podziwem, inni dorzucą trzy grosze. Jak jeszcze chodziłem o własnych siłach i siedziałem w autobusie to spotykałem się z krytyką emerytek: "taki młody i nie może wstać, ustąpić miejsca starszej pani".

Droga Pani, może i bym mógł, gdybym nie był niepełnosprawny. Patrzy speszona i głupio jej się robi, przeprasza. Teraz już tego nie ma. Wsiadam do autobusu, to wstaje człowiek i ustępuje mi miejsca. Nasze społeczeństwo reaguje tylko wtedy gdy ma się przy sobie atrybut inwalidy?

wtorek, 9 sierpnia 2011

Starsza Pani i zakupy


Spostrzegam starszą kobietę zmierzającą chodnikiem. Taszczy ze sobą jakaś torbę, zapewne jest ciężka, ponieważ chód sprawia jej wielki wysiłek. Porusza się coraz wolnej z grymasem rezygnacji na twarzy. Myślę sobie, wypadałoby pomóc tej leciwej pani, w końcu i tak mi się nie śpieszy:



-Przepraszam może Pani pomóc – nieśmiało i uprzejmie pytam

-A gdzie ty chłopie możesz mi pomóc jak sam ledwo idziesz… - odpowiada starucha w lekkim zmieszaniu. Po czym przyspiesza i oddala się ode mnie.



Przez chwilę patrzę w zdumieniu na babę. Widać nie dostrzegłem własnej ułomności, straszne zaprawdę. A mówią, że młodzi nie okazują szacunku. Przenoszenie toreb nie stanowi dla mnie wyzwania tak na marginesie psze Pani – szepczę półgębkiem.
       

Seks, a niepełnosprawni

Czy seks mogą uprawiać tylko ludzie zdrowi? Czy niepełnosprawni fizycznie nie mogą? W internecie po wpisaniu frazy podanej w tytule tego postu większość wyników odnosi się do osób niesprawnych, ale umysłowo. Ja w tym poście chciałbym postawić pytanie, czy osoba niepełnosprawna jeżdżąca na wózku lub z innym rodzajem niepełnosprawności fizycznej ma szanse na uprawianie seksu?


Osoby niepełnosprawne też pragną miłości duchowej i tej fizycznej, bo to, że ktoś ma niesprawne nogi czy ręce, albo to i to jednocześnie nie oznacza, że ma niesprawnego penisa. Niestety w naszym społeczeństwie te osoby (również i ja) spotykają się z szeregiem uprzedzeń na swój temat i to niekoniecznie ze strony partnera. Czasami wpływ na związek osoby niepełnosprawnej (nawet ze sprawną) mają jej rodzice. Mogę opowiedzieć Wam swoją historię. Poznałem dziewczynę na Sympatii.pl, moja niepełnosprawność jej nie przeszkadzała, spotykaliśmy się w realu przez dwa miesiące. Wydawało mi się, że będzie wszystko ok, że nic nas nie rozdzieli i nie poróżni. Pewnego razu do akcji wkroczyła jej matka (moja ówczesna dziewczyna nie miała ojca). Jej matka stwierdziła, że Aga (bo tak nazywała się moja dziewczyna) nie może ze mną być, bo jestem niepełnosprawny, że ja nigdy nie znajdę pracy i nie będziemy mieli z czego żyć. Powiem Wam, że było mi ciężko, bo bardzo ją kochałem i nie wiedziałem czy chcę się z nią rozstać. Ona jednak powiedziała mi, że nie może tak żyć, bo musiałaby zerwać kontakty z matką i ze znajomymi, a tego zrobić nie może.

Ja uważam, że odmienne zdanie rodzica, bądź rodziców jest dość patową sytuacją. Przekonałem się o tym rok później, kiedy poznałem Paulinę. Paulina ma 24 lata i choruje na tą samą chorobę co ja, a oprócz tego jest epileptyczką. Mieszka w Radomiu, a ja w Łodzi, dlatego kontaktowaliśmy się tylko przez internet (Gadu-Gadu, Skype). Nie musiałem długo czekać, aby się przekonać, że ta znajomość spotka się z dezaprobatą ze strony moich rodziców. Byłem na nich wściekły, ale nie mogłem zbyt wiele, bo z nimi mieszkam i nie chciałem robić sobie kłopotów. One i tak były, bo w chwili dużych emocji człowiek nie panuje nad tym co mówi, a powiedziałem im parę gorzkich słów, których nie będę tu przytaczał.

Co do problemu postawionego w temacie uważam, że jeśli trafimy na odpowiednią osobę, której nasza choroba nie będzie przeszkadzać mamy szansę na stworzenie trwałego związku, również z bogatym życiem erotycznym. Nie poddaję się, szukam dalej. Wy jeśli jeszcze jesteście niesprawnymi singlami też szukajcie. Macie prawo do szczęścia mimo, że jesteście wyjątkowi. Ta wyjątkowość czyni Was jeszcze bardziej wartościowszymi ludźmi.


Prawdziwa Historia - Część Czwarta

Dziś opowiem wam jak to było przy drugiej operacji na kręgosłup… 
Z moją miednicą od urodzenia było coś nie tak – panewka była niewyrobiona, a ja dużo czasu spędzałam w pozycji siedzącej i na skutek siedzenia wykrzywił mi się kręgosłup w literkę C byliśmy u lekarza a lekarz powiedział musimy jak najszybciej operować bo kręgosłup może ulec pęknięciu i będzie po mnie w mym sercu pojawił się niepokój wystraszyłam się diagnozy lekarza a mianowicie słów lekarza, - musimy jak najszybciej operować, bo kręgosłup może ulec pęknięciu i będzie po mnie, ale szybko strach minął bo zrozumiałam, że uratują me życie, po mimo zbliżającej się operacji uśmiech z mej twarzy nie schodził byłam bardzo optymistycznie nastawiona myślałam tylko o tym jak to będzie po operacji. Jak to będzie gdy stanę na nogi i jak me życie się zmieni, kiedy o tym myślałam byłam najszczęśliwszą dziewczyną na ziemi, nadszedł upragniony dzień operacji a ja wciąż myślałam o tym jak to będzie po operacji. W czasie operacji śnił mi się mój zmarły dziadziuś mówił mi tylko że mam się nie bać i nic mi nie będzie. Patrzyłam na dziadka i powoli zasypiałam wtedy poczułam obecność i jego czułe ramiona i poczułam że jestem bezpieczna. operacja trwała 5 godzin. Kiedy się obudziłam chciałam się przewrócić poczułam straszny ból i pieczenie w plecach również poczułam że mam blokadę która uniemożliwia mi ruch na początku potrzebowałam całodobowej pomocy i musiałam cały czas leżeć, a każdy ruch sprawiał mi okropny ból że przy każdym ruchu oczy zalewały się łzami myślałam wtedy o tym że stanę na nogi i zacznę normalnie chodzić i funkcjonować tak jak każdy pełnosprawny człowiek wtedy było lepiej. przyszedł dzień rehabilitacji cieszyłam się bo chciałam już wstać i iść, ale kiedy rehabilitant podniósł mi łóżko na pozycje siedzącą poczułam okropny przeszywający ból me ciało i łzy i do tego nie mogłam oddychać każde nabranie powietrza sprawiało mi okropny ból dawano mi wiele leków nasennych byłam pod aparaturą z nadzieją że się uda ale po mimo bólu i cierpienia uśmiech mi towarzyszył każdego dnia. Każdego wieczoru modliłam się pełna nadziei że zaznam szczęścia i opuszczę to piekło, które trzyma mnie całe życie tzn. wózek ;):* po tygodniu wypisano mnie do domu, w domu starałam się walczyć ale kiepsko mi szło nie miał mnie kto zmotywować. Rok po operacji odezwał się do mnie przyjaciel z którym nie utrzymywaliśmy kontaktu po paru naszych rozmowach Przez komunikator Gadu, Gadu nie wiem jak to zrobił ale zmotywował mnie i dzięki niemu postanowiłam walczyć i walczę do tej pory. Czytelniku warto walczyć o swe szczęście

Jeśli jednak nie masz dla kogo walczyć, to walcz dla ludzi którzy cię kochają lub dla swoich prawdziwych przyjaciół których na pewno masz wiem jedno Jeśli będziesz walczył to na pewno dojdziesz do postawionego sobie celu. !



poniedziałek, 8 sierpnia 2011

Kamil jest moim kumplem ze szkolnej ławy.

Dzisiaj chciałem opowiedzieć Wam o mojej znajomości z Kamilem. Kamil chodził ze mną do tej samej klasy w szkole średniej. Jest to równy facet, bardzo go lubię. Mimo swojej choroby potrafi być wesoły i doskonale radzi sobie z przeciwnościami losu, tak samo jak ja. Jest osobą bardzo ambitną i za to go cenię. Jest super kumplem. Pomyślicie: "lizus". Nie! Ja po prostu lubię Kamila.


niedziela, 7 sierpnia 2011

Bardzo się cieszę!

Ja znów krótko i mało-merytorycznie, bo nie o niepełnosprawności, a o radości, którą odczuwam, kiedy widzę, jak świetnie rozwija się nasz blog. Naprawdę bardzo się cieszę, a pomysł Kamila uważam za świetny i trafiony w samo sedno. Obiecuję, że już niedługo pojawią się tu moje wpisy, w których opowiem Wam więcej o sobie. Dziś mogę tylko zdradzić, o czym chyba jeszcze tu nie wspomniałem, że 1-ego lipca zdałem egzamin licencjacki, a więc mam wyższe wykształcenie. Co także daje mi dużo radości i powoduje uśmiech na mojej twarzy. Na razie to tyle. 

Pozdrawiam!

Szaleństwo....


Dwa lata temu miałem zabieg usunięcia kamieni z woreczka żółciowego. Lekarze zadecydowali, że wykonają mi go metodą laparoskopową. W trakcie zabiegu doszło do przecięcia tętnicy wątrobowej, a ja zacząłem krwawić. Lekarze musieli wykonać zabieg metodą klasyczną. Po zabiegu chirurdzy poinformowali mnie o detalach związanych z zabiegiem (łącznie z pechowym uszkodzeniem tętnicy). Po tej informacji się załamałem, wpadłem w depresję.

Dla moich bliskich był to szok, ponieważ zawsze jestem i byłem wesołym i uśmiechniętym człowiekiem, a wtedy było inaczej. Myślałem, że umrę. Nie chodziłem, mało co mówiłem, a jeśli nawet to od rzeczy. Byłem podłączony pod kroplówki. Nie obyło się bez konsultacji z psychiatrą, który przepisał mi odpowiednie leki, ale nie dawał mi szans na wyjście z dołka. Tak się złożyło, że od października 2009 roku miałem iść na studia magisterskie. Tata powiedział, że muszę napisać wszystko co mnie boli na komputerze, tak też zrobiłem. Napisałem wszystko, o czym wtedy myślałem. I wiecie co? Pomogło. Od tamtej chwili zacząłem wracać do siebie i normalnie egzystować. Komputer działa cuda. Psychiatra nie dawał mi szansy na pójście na studia od października, a ja poszedłem. Wygrałem z opętaniem, bo byłem silny. Wy też bądźcie silni. Tylko wtedy dojdziecie do celu!!!

sobota, 6 sierpnia 2011

Prawdziwa Historia Część Trzecia



Kiedy Obudziłam  się  po operacji na nogi, o której pisałam w drugiej  części. Zobaczyłam tylko łóżka innych dzieci również po operacji i wirującą przed  moimi  oczami kroplówkę słysząc jak przez echo głos  pielęgniarek po wybudzeniu z narkozy nie kontaktowałam  zbyt  dobrze  miałam  strasznie  ciężką głowę, poczułam  tylko okropny  ból w nogach, kiedy  próbowałam zmienić pozycje  z pleców  na bok poczułam wielki ciężar i również zauważyłam, że   me nogi  po mimo mych starań  przekręcenia się na bok  nie przekręcają się razem ze mną. Nie wiele myśląc  podniosłam swą ciężką głowę  i spojrzałam  na me nogi, pomyślałam sobie  -  co to jest  - czemu  moje nogi leżą  tak bezwładnie, kiedy mi się  przypomniało  że to gips pomyślałam  sobie Boże  nie ! proszę pozwól mi się ruszyć proszę!!!!. Za każdym razem kiedy  otwierały  się drzwi  od Sali  pooperacyjnej  myślałam sobie  Boże nareszcie  lekarz  przyjdzie  i mnie wyciągnie  z gipsu  ale tak się   Zdarzyło  to  za każdym razem  była  pielęgniarka, która mi przynosiła  tabletki  przeciwbólowe  i nasenne żebym spała, za 7 dni wypisywano  mnie  do domu,  w domu  było już troszeczkę  lepiej bo widziałam  znajome  twarze   czyli  moją  mamę  itp. ale był  okropny ból  bo było gorąco a gips  mnie parzył  w nogi nie raz  płakałam  z bólu ale  postanowiłam że wytrzymam  i  wytrzymałam… kiedy   zawieziono  mnie   do szpitala karetką  na zdjęcie  gipsu pomyślałam  sobie  nareszcie  zrobię pierwszy krok ;)   ale nadzieja  trwała krótko bo nie zaczęłam  chodzić ale  nie straciłam  nadziei  myślałam  spoko Sandi jeszcze będą Cię rehabilitować  jeszcze  zaczniesz chodzić zobaczysz ;) na drugi dzień  przyszedł do mnie rehabilitant  ja byłam pełna  optymizmu  nadszedł  upragniony dzień rehabilitacji  zaczął  mi zginać  nogi a ja w momencie zgięcia nogi  poczułam okropny  ból a  oczy łzawiły mi samoistnie  choć nie chciałam  pokazać tego po sobie że płaczę z bólu nie chciałam  również  po sobie pokazać że się załamuje, w tym samym  momencie, w momencie upadku  z własnych nóg  poczułam jak zgasła kolejna nadzieja na normalne życie  poczułam  że jestem do kitu   do  niczego że nie powinnam  się narodzić że już mnie nic dobrego nie spotka lecz się pomyliłam  spotkało  mnie pojawił  się  przyjaciel, który uratował mą psychikę   i  ten oto  przyjaciel pomaga mi do dziś ;)

Więc  czytelniku  ty też się nie załamuj i pokarz że  potrafisz  pokarz  sobie i innym że potrafisz !!!!!!!!

Piotrek, dlaczego jesteś chory?

Czasem ludzie zadają mi pytanie postawione w tytule tego posta. Cierpię na porażenie mózgowe, do którego doszło w wyniku niedotlenienia mózgu. Przyszedłem na świat przedwcześnie, bo w 8, a nie 9. miesiącu ciąży. W związku z powyższym pojawiły się komplikacje z moją wagą. Byłem chudy i długi. Co powodowało, że głowa spadała mi na bok i zaciskała szyję. Doszło do niedotlenienia mózgu, czego efektem jest niedowład lewej ręki i kłopoty w poruszaniu się. W wieku 13 lat przeszedłem skomplikowaną operację nóg w Poznaniu, która poprawiła komfort mojego życia. Od tamtej pory lepiej chodzę. Polecam wszystkim cierpiącym na MPD Klinikę prof. Degi w Poznaniu.

piątek, 5 sierpnia 2011

Bariery, bariery, bariery.....

Puby

Zdarza się Wam wyskoczyć z kumplami na piwo? Mi czasami tak. No i tu jest problem. Mało lokali jest przystosowanych do potrzeb osób niepełnosprawnych, do niektórych prowadzą kręte schody. Czy niepełnosprawni nie mogą pić piwa? Ha! To dobre pytanie, ale chyba mogą. Nikt im tego nie zabrania, ale niektórzy uniemożlwiają. Głupio mi było jak szedłem z kumplami i musieli zrezygnować z jakiegoś pubu przeze mnie. To się nazywają kumple, albo wszyscy, albo nikt. Po długim chodzeniu ulicami Łodzi znajdzie się kilka miejsc, do których niepełnosprawny może wejść i porozmawiać z kumplami sącząc złoty trunek. Nie będę tu wymieniał ich nazw, aby nie robić im reklamy, a nawet nie pamiętam ich nazw. 

Dyskoteka

Lubię tańczyć. Miałem kiedyś dziewczynę (teraz jestem wolny, więc Drogie Panie... :D)  zaprosiłem ją na dyskotekę (tu też nie będę wymieniał nazwy, by nie robić antyreklamy) i schody. Dziewczyna mi pomogła, ale głupio się czułem, bo w końcu jestem facetem...

Szczyt głupoty: 


Druga część mojej Prawdziwej Historii

Dziś pora na drugą część Prawdziwej Historii.
więc zaczynam:

        Kiedy podrosłam mając 13 lat lekarze powiedzieli moim rodzicom adopcyjnym że zacznę chodzić tylko wtedy gdy przeprowadzą operacje na biodro, kiedy to usłyszałam pomyślałam sobie jest nadzieja może opuszczę ten wózek, ale nadzieja trwała bardzo krótko, ponieważ rodzice nie zgodzili się na tą operacje pomyślałam wtedy sobie Boże daj mi szansę proszę nie odbieraj mi nadziei na szczęście. Wróciliśmy do domu byłam załamana, bo kolejna szansa na opuszczenie wózka i normalne życie prysła jak bańka mydlana ale nie straciłam nadziei na lepsze jutro… pomyślałam sobie zacznę walczyć i pokarze lekarzom na co mnie stać i pokarze że żadna operacja na żadne biodro nie jest mi potrzebna ,po kilku dniach walki o me normalne życie nie widziałam żadnej poprawy nic się nie zmieniło wszystko zostało tak jak było, bolało mnie to okropnie przestałam wierzyć w to że cokolwiek się w mym życiu zmieni, przestałam wierzyć w me bardzo dla mnie ważne marzenia, wraz z odpływającymi marzeniami płynęły po mym policzku łzy rozpaczy i łzy zabitej nadziei, po kolejnym smutnym szarym dniu bez jakiejkolwiek radości z kolejnego słonecznego dnia, nagle słyszę pukanie do drzwi mama poszła otworzyć widziałam chrzestnego z małym pieskiem pod kurtką postanowiliśmy go przygarnąć ten mały zwierzaczek obudził we mnie nadzieję i me marzenia. Postanowiłam znów walczyć stanąć Na nogi żeby wyjść z pieskiem na spacerek, lecz po każdym dniu walki stawałam się coraz słabsza i zmęczona, gdy zrobiłam sobie małą przerwę mama wchodząc do pokoju mówi, - masz straszne przykurcze kolan i ortopeda mówi że mogą się tych przykurczy pozbyć operacyjnie i w tedy może zaczniesz chodzić pomyślałam sobie jest kolejna szansa może Się uda zgodziłam się. Nie bałam się operacji, bo miałam nadzieje że będzie lepiej, i jest lepiej, mam wyprostowane nogi, ale nie do końca, bo do końca nie mogli wyprostować, poruszam się lepiej na więcej mnie stać. Choć musiałam leżeć w gipsie 6 tygodni i było strasznie nie wygodnie wytrzymałam dałam radę, po wyjęciu mnie z gipsu czekało mnie piekło rehabilitacji, było strasznie bolało potwornie lecz dałam radę bo chciałam dać radę i się udało po wyczerpującej rehabilitacji mój stan zdrowia poprawił się…

        Więc i ty czytelniku nie poddawaj się walcz o własne marzenia i o swe zdrowie nie poddawaj się i nie załamuj się jeśli coś ci nie wyjdzie jeden raz podnieś się i próbuj dalej a za którymś razem na pewno ci się uda… teraz ja czekam na wieści od Ciebie czytelniku, 

      Czekam na okrzyk radości – udało mi się !

czwartek, 4 sierpnia 2011

Jestem niepełnosprawnym luzakiem

Nie wiem czy Wy też, ale ja odnoszę wrażenie, że jest taka grupa osób niepełnosprawnych w naszym społeczeństwie, którzy by tylko usiedli i biadolili jaki to oni mają ciężki los. Ja wychodzę z założenia, że trzeba być po prostu sobą. Ktoś coś mi powie? To jego problem, że jest na tyle nietaktowny i przychrzania się do mojej choroby. Jakiej tam choroby? Choroba to jest kaszel, katar, temperatura. Wtedy się leży w łóżku, a ja? Ja jestem zdrowy, ja nie leżę w łóżku. No może czasami chciałbym leżeć w łóżku, ale nie sam (wiecie o czym mówię hahaha :-). Nie chcę traktować siebie jako chorego, a także nie chcę by inni mnie tak traktowali. Strasznie wkurza mnie to jak jadę autobusem i ludzie ustępują mi miejsca, albo chcą pomóc. No po co? Ja sam wszystko zrobię. Nie potrzebuję niczyjej pomocy. Ludzie myślą, że zrobią dobry uczynek, bo jest znieczulica społeczna. Was też to wkurza? Piszcie w komentarzach. Mnie bardzo irytuje to, że ktoś chce mi pomóc w czymś, w czym doskonale daję sobie radę.

środa, 3 sierpnia 2011

Niepełnosprawny dąży do celu.....

Opowiem Wam moją historię. Edukację zacząłem w 1994 roku w szkole masowej. Na przerwie jakiś chłopak biegł popchnął mnie i się przewróciłem. Miałem zniszczone okulary i byłem poobijany. Moja mama poszła na rozmowę do mojej ówczesnej wychowawczyni, a ta stwierdziła, że ja nie nadaję się do tej szkoły. Według niej ja w ogóle nie nadaję się do szkoły. Mama się zdenerwowała i zaczęliśmy szukać szkoły integracyjnej, czyli takiej, do której osoby niepełnosprawne chodzą razem z tymi, którym nic nie dolega. Znaleźliśmy, to była szkoła na Retkini. Pani Dyrektor przyjęła mnie z wielkim entuzjazmem i zacząłem tam się uczyć. Potem było gimnazjum, liceum, a nawet studia. Najpierw licencjat z dziennikarstwa, a potem magisterium z filologii polskiej. Tak, tak jestem magistrem. Morał z tej historii taki, że nie należy się przejmować tym co ktoś do nas mówi. Trzeba dążyć do wyznaczonych sobie celów. Moim celem było osiągnięcie tytułu magistra i go osiągnąłem. Nie przeszkadzało mi, że jakaś baba mówi, że się do tego nie nadaję. Tak, tak kochani jeśli Was też ktoś deprymuje to olejcie go. Ważne jest to co Wy robicie, bo to Wasze życie.... Nara :)

Niepełnosprawność a randki

Czy niepełnosprawni mogą się umawiać na randki i czy Internet to dobry sposób na poznanie kogoś?

Internet nie jest jedynym, najlepszym i ostatnim ze sposobów na poznanie kogoś, z pewnością to jednak najłatwiejsza i najszybsza metoda. Za pomocą portalu randkowego bez trudu można się umówić a nawet spotkać miłość.

Nie musicie korzystać tylko z wybranych miejsc dla osób niepełnosprawnych (takich jak Ipon), jest wiele samotnych serc, których wasza niedyspozycja nic nie obchodzi – chcą zwyczajnie poznać kogoś miłego. W przypadku jednak korzystania z portali takich jak Sympatia radzę zachować szczerość, pozwala to uniknąć przykrości i ewentualnych rozczarowań. Pamiętajmy, że nie każdy szuka osoby z niepełnosprawnością, a wielu ludzi jest zwyczajnie mało dojrzałych i głupich.

Jeśli dręczy was dylemat typu: czy mogę spotkać się ze osobą zdrową, drzemię w was poczucie niższości lub cierpicie na brak pewności siebie, podajcie w opisie na stronie swą sytuację zdrowotną. Gwarantuje, że ktoś się odezwie. Jest wiele osób zdrowych, którym brakuje pewności a randka z osobą mniej sprawną pozwala się dowartościować. Brzmi głupio ale chce podreślić, że nie tylko osoby z porażeniem, niedowładem itp. mogą się krępować. Niektórym np. kolor włosów sprawia nie lada dylemat, przez co nie potrafią pokazać siebie. 

Pamiętajcie zawsze jednak liczy się przede wszystkim pewność siebie i poczucie humoru, patrzenie na własną osobę przez pryzmat choroby tylko umniejsza te pozytywne cechy, które się posiada. Opisując swój charakter warto podkreślać mocne strony, a stawiać mniejszy akcent na wady.

Polecam takie strony 

Hello.pl
.  
.  
Są całkowicie bezpłatne, a wcale nie gorsze niż te, za które bulą od ludzi kasę. Sympatia.pl mnie osobiście trochę drażni.  

Witajcie!!!

Mój serdeczny kolega Kamil C. zaproponował mi współtworzenie tego bloga. Może zacznę tak. Jestem niepełnosprawny.... ale to jest nudne. Lepiej powiem Wam, że należę do grupy "Zielono mi". Ta grupa zrzesza osoby takie jak ja, a także wszystkich niepełnosprawnych, którzy chcą poznać inne osoby z podobnymi schorzeniami do swojego lub mają jakieś problemy. Na spotkaniu obecny jest psycholog, który służy radą. Właśnie tam dzisiaj idę na 17:30. Lubię czytać książki, więc pójdę też do biblioteki coś wypożyczyć. Ach wakacje jakie wy jesteście spoko. Wy też jesteście spoko. No to bywajcie, do kolejnego spotkania. Bye.

niedziela, 24 lipca 2011

Przemek do Czytelników

Drodzy Czytelnicy, mam nadzieję, że jesteście jeszcze z nami. Ostatnimi czasy być może ilość nowych postów zawodzi, ale spokojnie, już niedługo pojawią się nowe wpisy. Niebieski Płomień cały czas płonie, a my - Sandra, Kamil, Przemek - żyjemy i jesteśmy aktywni. U nas wszystko dobrze. Mam nadzieję, że u Was także i jesteście nadal z nami. Pozdrawiam w imieniu całego składu NP. 

czwartek, 23 czerwca 2011

Wierzę w siebie

Przyjdzie kiedyś chwila, przyjdzie taki dzień, w którym napiszę więcej o sobie w kontekście mojej niepełnosprawności. Dziś mam "na głowie" inne sprawy. Chcę się rozwijać, by stawać się lepszym człowiekiem. Lepszym dla siebie i całego świata.

Jak to jest nie mieć rąk? - pewnie niektórzy chcieliby wiedzieć. Jak się żyje bez rąk? Odpowiem te na pytania krótko, bo dłuższe odpowiedzi nie przychodzą mi teraz do głowy. Nie mieć rąk wcale nie jest takie straszne, jak się wydaje. Natomiast życie bez rąk jest takie samo jak życie z rękoma - tyle że bez rąk. Banalne - powiedzie. Być może.

Kończę trzeci rok studiów. 1-ego lipca piszę egzamin licencjacki. Kiedy go zdam, będę miał wyższe wykształcenie. Co prawda to jeszcze nie magisterium, ale wszystko przede mną. Potem planuję doktorat. Zobaczymy, jak to będzie, bo być może moje plany ulegną zmianie.

Nie wierzę w przypadek. Wierzę w siebie i w to, że wiara czyni cuda. Jestem przekonany, że każdy z nas odpowiedzialny jest za swoje życie. Jeśli człowiek czegoś bardzo chce - osiągnie to. Tylko - przede wszystkim! - trzeba naprawdę chcieć! I działać. Tak więc: powodzenia! 

środa, 22 czerwca 2011

Prawdziwa historia

Ciąg dalszy z walki o zdrowie

Kiedy się urodziłam byłam cała sina płakałam 24 na dobę moja babcia, która stała się automatycznie moją kochającą mamą walczy o każdy mój samodzielny ruch od kiedy pojawiłam się u moich kochających dziadków w domu. Moi dziadkowie mnie zaadoptowali kiedy, trafiłam do domu, wyglądałam jak psychicznie chora, gdy ktoś podchodził do wózka dziecięcego, w którym leżałam ja. Od razu odchodzono od wózka i z litością patrzono na mój stan. Moi dziadkowie poszli ze mną do lekarza, ponieważ podejrzewali że coś się ze mną dzieje, bo byłam bardzo spastyczna przy każdym ruchu jaki mamo – babcia ze mną wykonywała np. kąpiel ubieranie itp. Podczas wizyty u lekarza ortopedy w czasie badania usłyszeli dziecko cierpi na porażenie mózgowe. Moi opiekunowie byli załamani, bo po raz pierwszy się spotkali z taką chorobą i nie wiedzieli co dalej ale z czasem się nauczyli się ze mną i z moją chorobą postępować...przy rehabilitacji strasznie płakałam będąc malcem, do dziś nie wiem dlaczego płakałam bez przerwy ale na szczęście moi adopcyjni rodzice są bardzo cierpliwi i kochają mnie taką jaka jestem. Dzięki Bogu uratowali mnie przed śmiercią i dzięki Bogu dziś mogę się podzielić z wami moją historią..;)

Kiedy Podrosłam troszkę nie zdawałam sobie sprawy z powagi sytuacji myślałam tylko o zabawie… dopiero od 15 roku życia zaczęłam myśleć poważnie o tym co się dzieje i jak z tym walczyć… zrozumiałam że to nie są już przelewki…zaczęłam stawiać czoło chorobie. Było ciężko nic mi nie wychodziło nawet z przekręcaniem się na łóżku miałam problemy, ze wszystkim praktycznie miałam problemy, nie mogłam nic zrobić na szczęście nie straciłam mowy więc mogłam tylko mówić, bolało mnie to bo chciałam coś zrobić sama z czymś sobie poradzić sama a nie mogłam…walczyłam, walczyłam a mimo to nic. Nie było poprawy załamałam się, bo widziałam i wiedziałam że moje starania nic nie dają powiedziałam, - mamie mamo ja już nie mam siły do walki jestem słaba i do kitu poddaje się !!! to załamanie trwało dwa lata. W czasie tego otóż załamania poznałam bardziej swojego przyjaciela dzięki któremu dałam radę się pozbierać i stać się twardą dziewczyną i nauczył mnie walki o swoje marzenia i nie pozwolił mi się załamać kolejny raz i tak naprawdę to dzięki mojemu przyjacielowi Postanowiłam dalej walczyć to on postawił moją psychikę na nogi i dzięki temu walczę do tej pory i dzięki Bogu i dzięki przyjacielowi wygrywam z chorobą

Więc i ty czytelniku się nie poddawaj dasz radę jeśli tylko masz przy sobie prawdziwych przyjaciół.

piątek, 10 czerwca 2011

Piekło rehabilitacji

Co było dalej… Trzeba było jakoś wstać z łóżka, zacząć chodzić. Nie zagłębiając się we wstydliwe szczegóły, łatwo się domyśleć, jakie konsekwencje niesie ze sobą taki stan bezwładu kończyn. Wielu rzeczy nie da się zrobić samodzielnie, a to wyjątkowo frustrujące zarówno dla chorego jak i opiekunów.

------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Leżałem jak kłoda, ciężko było mi nawet się przekręcić. Gdy mój stan psycho – fizyczny uległ unormowaniu, tzn. przestałem mieć gorączkę i widzieć świat jak w krzywym zwierciadle, rozpoczęło się moje kolejne piekło. Piekło rehabilitacji.
.... 
Nie było łatwo i lekko jednak dalsza zwłoka mogłaby przyczynić się do utrwalenia mojego stanu. Przypominam doznałem urazu neurologicznego, głównie ośrodków odpowiedzialnych za ruch po lewej stronie ciała. Gdyby oberwała moja lewa strona głowy (nie prawa) straciłbym mowę. Wtedy nie byłoby wesoło.
....
Mój młody wiek wpłynął pozytywnie. Dość szybko się zregenerowałem i powróciłem do sprawności ruchowej. Codzienny zestaw ćwiczeń, który z początku owocował straszliwym bólem, przyczynił się do znacznej poprawy w zaskakująco krótkim czasie. Dość dobrze utrwalił mi się pamięci stół pionizacyjny, iście „madejowe łoże”. Pomyślcie jak mógł czuć się człowiek, niewstający cztery tygodnie z łóżka, którego nagle zechciano postawić. Tak postawić, byłem przywiązany pasami do machiny, która z poziomu osiągała pion. Bardzo powoli przechylając się. To było straszne, czułem jak wnętrzności ze mnie wychodzą. Potem ćwiczenia, oczywiście na początku bierne, leżałem a dwumetrowy drab wyginał mi kończyny. Bolało jak diabli, w miarę upływu czasu odnosiło jednak skutek, przyczyniając się do poprawy. Wkrótce zacząłem sam wykonywać ruchy, bolało coraz mniej.
.... 
Pierwszym etapem, jaki mnie czekał było wstanie z łóżka, nie o własnych nogach rzecz jasna. Z początku wożono mnie wózkiem inwalidzkim, teoretycznie siedzenie nie wymaga wprawy, w moim przypadku nie było takie oczywiste. Głowa chwiała mi się na wszystkie strony, nie mogłem utrzymać pozycji siedzącej. Częste przejażdżki po szpitalnych korytarzach, które uwalniały mnie od szpitalnego wyrka, wpłynęły na poprawę. Mogłem się już sam podnieść i siedzieć, zupełnie jak u niemowlaka.
....
Nie pamiętam, kiedy postanowiłem wstać, był to również proces stopniowy. Z początku poruszałem się chyba z balkonikiem, nie kojarzę tego zbyt dobrze. Na rehabilitacje jeszcze te w szpitalu, mogłem już chadzać sam. Trzymali mnie tam jeszcze trochę, bym wyszedł jak człowiek do domu. Co nie oznacza, że całkowitą sprawność odzyskałem. Właściwie, właściwie był to dopiero początek długiej pracy.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Po czterech miesiącach wyszedłem ze szpitala, wtedy bardzo spieszyło mi się do domu. Teraz jednak bardziej bym się zastanowił, na zewnątrz nie miałem już takiego zaplecza. O dobre rehabilitacje, bowiem trudno. CZMP to dobry szpital, nigdzie taką opieką już mnie nie otoczono. Po skończeniu liceum, o liceum potem opowiem, odmówiłem możliwości pobytu w Konstancinie. Znajdoje się centrum rehabilitacji i szkoła, wtedy jednak myślałem tylko o studiach. Wybrałem studiach w Łodzi, a szkoda. Może teraz byłoby ze mną lepiej, znacznie lepiej…   

czwartek, 2 czerwca 2011

Wiara, motywacja, działanie

Wielu ludziom wydaje się, że niepełnosprawność to jedyny problem Osoby z Niepełnosprawnością. A jeśli nie jedyny – to na pewno największy. OzN to osoba biedna i poszkodowana. OzN to osoba cierpiąca. Tak właśnie myśli większa część zdrowego społeczeństwa.

Otóż nie, muszę niektórych z Was, jeśli myślicie podobnie, wyprowadzić z błędu, ale wcale tak nie jest: niepełnosprawność nie jest jedynym problemem Osoby z Niepełnosprawnością. Niepełnosprawność także w wielu przypadkach nie jest największym problemem OzN.

To, że nie mam rąk, przestało być dla mnie jakimś wyjątkowym problemem. Ba, powiem więcej, przestało to być dla mnie problemem w ogóle. W pewnym momencie w swoim życiu nie miałem wyjścia i musiałem przewartościować wiele pozytywnych wartości. Wtedy to właśnie postanowiłem, że będę szukał dobrych stron mojej sytuacji. Zacząłem skupiać się na pozytywach. Tak żyję do dziś. Ciągle pracując i umacniając w sobie to, co dobre.

Jest to temat rzeka. Na pewno napiszę o tym jeszcze nie raz. Ale pamiętajcie – to wszystko tylko wydaje się takie straszne i ciężkie, ale w praktyce wcale aż tak dużo nie waży. Wiara czyni cuda! A silna motywacja i konkretne działanie zawsze prowadzą do celu.

wtorek, 31 maja 2011

Czas na zwycięstwo !

Czym jest życie? - życie to najpiękniejszy i największy dar od Boga lecz czasem nadchodzi czarna kurtyna niepełnosprawności a osoba która zostaje za kurtyną jest zgnieciona dźwigiem niepełnosprawności, czasem osoba gnieciona udaje że wszystko jest w porządku przed ludźmi i przed samym sobą, a tak naprawdę w środku człowieka ściska a w gardle staje ciężki głaz rozpaczy a z oczu po kryjomu płyną łzy bezradności i bezsilności. Człowiek w takich chwilach chce tytko jednego śmierci !. lecz któregoś dnia zjawia się przyjaciel który pomaga osobie niepełnosprawnej w każdej sytuacji i to prawdziwy przyjaciel staje się motywacją i to on potrafi motywować tak jak nikt inny! Wtedy osoba potrzebująca pomocy ją otrzymuje i już nie chce umrzeć lecz chce dalej żyć walczyć chce pokazać że poświęcenia przyjaciela nie idą na marne pojawia się w życiu tego człowieka tęcza ! wtedy po raz pierwszy się uśmiechnie i walczy bezustannie u swe szczęście mówiąc sobie po cichu dzięki tobie przyjacielu nie jestem więźniem własnego losu dzięki tobie dam radę, dzięki tobie nie jestem słaby, dzięki tobie jestem silny potrafię walczyć nie boje się walczyć z przeszkodami mego losu Jestem twardy podniosę się z doła w którym mnie los starał się zamknąć podniosę się i powiem sobie i wszystkim na świecie jak również wszystkim niepełnosprawnym że łańcuchy na których jest nasz los uwięziony da się pokonać jeśli ma się przyjaciół obok siebie 

Dziś pragnę powiedzieć wszystkim czytelnikom niebieskiego płomienia nie dajcie się zniszczyć łańcuchom niepełnosprawności te okropne łańcuchy są do pokonania mi się udaje! teraz czytelniku czas stanąć na ringu ze swoją chorobą i czas zwyciężyć czas na nasze zwycięstwo nie poddajmy się znokautujmy chorobę czas 

start !!!!                                                              

piątek, 27 maja 2011

Bariera życiowa nie pokona silnych i wierzących w siebie.

Jeśli los jest bezlitosny i bez litości cię zaczyna łamać niepełnosprawnością, nie pokazuj, że powoli się poddajesz, lecz zacznij walczyć z uśmiechem na twarzy i wiarą w siebie i swoje możliwości. Jeśli upadniesz słaby ze łzami w oczach, uwierz w siebie samego, nawet jeśli inni w ciebie nie wierzą, pokaż im że nie jesteś słaby i że nic cię nie da rady złamać. Powiedz sobie samemu: dam rade, wstanę, jestem silny jak stal, nic mnie nie powstrzyma. Wygram z chorobą, nic mnie nie przykuje do wózka, nie poddam się, potrafię, choć jeszcze o tym nie wiem.

To ja jestem panem swojego życia i losu i to ja decyduje i rozkazuje sobie samemu: wstań dasz rad pokonać niepełnosprawność



czwartek, 26 maja 2011

Koszmar, z którego nie da się zbudzić...

Od czego by zacząć. Może od tego, kiedy narodziłem się dla świata, ponownie. Nie jako wampir, lecz jako niepełnosprawny.
Niewiele pamiętam. Gdy obudziłem się w szpitalu, podłączony pod kroplówkę, nie byłem w stanie określić, w jaki sposób znalazłem się w tych okolicznościach. Nie obudziłem się nagle cudownie i radośnie, jak mogłoby się wydawać. Trudno mówić o jednej chwili odzyskania przytomności i zmysłów, wszystko bowiem wszystko działo się bardzo powoli. Powoli wracały mi zdolności poznawcze, a świat przybierał normalne kształty — trwało to wiele dni.
Z mojej perspektywy wyglądało to nieco inaczej, musiało minąć trochę czasu zanim zdałem sobie sprawę, że wszystko, co mnie otacza nie jest snem. Tak, to momentami było straszne, bardzo trudno jest przedstawić taki stan. Pamiętam straszny ból otaczający mnie zewsząd, jakiś wszechogarniający dyskomfort bycia, czułem się tak jakbym w głowie miał dwie walczące ze sobą armie. Na świat patrzyłem przez pryzmat krzywego zwierciadła, nic nie miało sensu. Doskwierało mi coś, co było wewnątrz mnie, szarpałem się, starałem uwolnić, ale nie było to możliwe. To tak jakby znaleźć się w głębokim dole, leżąc bezwładnie da się obserwować niebo, ale nie istnieje możliwość ruchu. Takiego ruchu, który pozwalałby się podnieść, poprawić pozycje, wstać i zorientować się w sytuacji. Z takiego stanu nie ma wyjścia, nie ma ucieczki, jest tylko przerażenie i połatane zmysły.
Znajdowałem pod stałą opieką rodziny i lekarzy, którzy byli przy mnie. Trudno mi było jednak to docenić, ponieważ byłem zbyt pogrążony. Leżałem na szpitalnym łóżku, wydawało mi się jednak, że wciąż podróżuje, wiruje, spadam.
Z czasem, w miarę poprawiania stanu mojego mózgu po ciężkiej operacji, odzyskiwałem świadomość. Nie umiem określić, kiedy nastąpił moment przełomowy, mogę to raczej porównać do wychodzenia z ciemnego lasu, grząskiego bagna, gęstej mgły. Nie było momentu, w którym zdałem sobie sprawę, iż nie mogę się poruszać, będąc częściowo sparaliżowanym. Po prostu było tak, było i już – wtedy nie myślałem tak o tym, nie rozważałem wpływu wypadku na moje życie, tego, co będzie dalej i czy w ogóle będę zdrów. Zależało mi jedynie na tym by opuścić szpitalne łóżko.

Dalej było już tylko lepiej, na szczęście operacja się udała. Prorocze wizje lekarzy, że będę warzywem lub że w ogóle mnie nie będzie, nie sprawdziły się. Wyszedłem z mojego stanu szybko, jak na tak ciężki wypadek. Potem było już tylko lepiej — co oczywiście nie znaczy, że moje męki się skończyły. To, to był dopiero początek... Najgorszy okres miałem jednak już za sobą, bo cóż może być gorszego od koszmaru, z którego nie da się obudzić.

Trzy razy silniejszy

Do napisania tego tekstu zmotywowała mnie Sandra, a dokładniej Jej ostatni post zatytułowany: „Przesłanie do czytelników”. Młoda autorka napisała w nim o upadaniu oraz o tym, jak ważne jest, by po każdym życiowym upadku podnosić się. Sandra mówi, że jeśli upadniemy raz – powinniśmy wstać, by iść i walczyć dalej. Jeśli upadniemy po raz drugi, powinniśmy powstać, by walczyć z podwójną siłą. Jeśli zdarzy nam się upaść po raz trzeci – powinniśmy się nie poddawać, wstać i walczyć z potrójną siłą.

Człowiekowi idącemu przez życiową drogę zdarza się potykać. Czasem to potknięcie jest lekkie, słabe, małoznaczące, tak więc człowiek idzie dalej bez żadnych strat i negatywnych skutków. Ale bywa też tak, że potknięcie powoduje upadek. Człowiek się przewraca. I leży.

Upadek jest bolesny, sromotny w swoich skutkach. Leżąc, człowiek myśli, że to już koniec. Czuje, że przegrał swoje życie. Nie widzi możliwości, by wstać. Traci sens istnienia. Cała przyszłość widziana jest w diabelnie czarnych kolorach. Defetyzm i czarnowidztwo wypełniają go do szpiku kości.

Wydaje się, że nie ma wyjścia z takiej sytuacji. Człowiek myśli, że już na zawsze skazany jest na ból i cierpienie. Powoli umiera w nim nawet nadzieja na to, że kiedykolwiek ta sytuacja ulegnie zmianie. Tak zaczyna się prywatne piekło.

Ale, jak się okazuje po jakimś czasie i po setkach zmówionych modlitw, ból nie trwa wiecznie, on także kiedyś odchodzi. Do człowieka powoli wraca nadzieja. Potem pojawia się malutkie światełko na końcu tunelu. Człowiek powoli, z trudem wstaje i słabym krokiem zaczyna podążać w stronę tego światełka. Z każdym wątłym krokiem światełko staje się coraz większe. Choć minimalnie — jednak ciągle rośnie.

Potem kroki człowieka stają się coraz pewniejsze. Aż wreszcie mocno staje na nogach. Twardo czuje pod nimi grunt. Podnosi głowę, a całe ciało prostuje. Teraz idzie śmielej. Już z uśmiechem patrzy w przyszłość. Sens istnienia powrócił.

Teraz człowiek już wie, po co żyje, jaki jest powód jego przyjścia na ten świat. Dzięki temu, że upadł, a potem powstał, teraz jest dwa, a nawet trzy razy silniejszy. Świadomość tego, że tak mało jest rzeczy niemożliwych — dodaje człowiekowi wiary i przyprawia skrzydeł. Kiedy czuje na plecach skrzydła, a jego wiara rośnie — coraz mniej rzeczy jest dla niego niemożliwych. Aż wreszcie i to przestaje istnieć…

Można by pisać o tym długo. Co czuje człowiek, który powstaje po upadku — z podwójną, a nawet potrójną siłą. Ja, kończąc tekst, pozwalam sobie wkleić fragment książki autorstwa Paulo Coelho: Miej odwagę popełniać błędy. Rozczarowania, porażki, zwątpienie to narzędzia, którymi posługuje się Bóg, by wskazać nam właściwą drogę.

środa, 25 maja 2011

Przesłanie do czytelników

Jeśli w czasie walki upadniesz jeden raz podnieś się i walcz dalej jeśli upadniesz 2 raz podnieś się i walcz ze zdwojoną siłą Jeśli upadniesz 3 raz podnieś się i walcz z potrójną siłą nigdy nie rezygnuj z walki o własne szczęście i o własne marzenia jeśli czegoś bardzo pragniesz i będziesz walczył w końcu to otrzymasz !!!!

wtorek, 24 maja 2011

Zdjęcia z warsztatów projektu "Uprzedź Uprzedzenia..."

8-ego i 9-ego kwietnia 
miałem przyjemność uczestniczyć w dwudniowych warsztatach projektu
„Uprzedź Uprzedzenia…”. Szersza relacja z tego spotkania powinna niebawem ukazać się w „Gazecie Edukacyjnej”. Dziś zamieszczam kilka fotografii, które w trakcie warsztatów wykonała Anna Rok. Dodam, że spotkanie to odbyło się w Warszawie. 

Oto adres do bloga warsztatów:
http://uprzedzuprzedzenia.blogspot.com/

A poniżej zdjęcia… 

(Zgadniecie, który to ja?)